fot. Hanna Kossak
Rozmowa z Ewą Olejnik
Rozmawiała Karina Fręśko
KF: Dzień dobry Ewo, spotykamy się dzisiaj by porozmawiać o Tobie i Twoim życiu. Czy chciałabyś się nam krótko przedstawić?
EO: Dzień dobry, nazywam się Ewa Olejnik. Pracuję w organizacji pozarządowej – w Polskim Towarzystwie Ochrony Przyrody „Salamandra”, które współtworzyłam i które powstało jeszcze w zeszłym stuleciu .
KF: Ewa, wiem, ze jesteś kobietą wielu pasji i wielu talentów. Kiedy spotkałyśmy się na parkiecie, (bo stamtąd się znamy) to od razu pomyślałam o Tobie, że jesteś kolorowym ptakiem i tak Cię w myślach nazwałam….W pewnym sensie potwierdziłaś to potem w którejś z naszych rozmów, ponieważ powiedziałaś, że urodziłaś się po to żeby śpiewać i tańczyć. Pamiętasz?
EO: Taaak (śmiech). Zacznę jednak od tego, że z pasji również wynika moja praca. Jestem z wykształcenia biologiem środowiskowym i przyroda jest mi bardzo bliska. Bardzo mocno na mnie wpływa i mocno odczuwam, że jestem jej częścią. Analogicznie jest z tańcem i śpiewem. Ponieważ śpiewam w chórze i tańczę w grupie, więc zarówno jedno, jak i drugie „uprawiam” będąc częścią większej całości. Teraz, z perspektywy czasu, bardzo wyraźnie dostrzegam wspólny mianownik dla wszystkich moich aktywności. Bardzo ładnie mi się to wszystko łączy. Oprócz tego, że sama uwielbiam to co robię, to jeszcze mam misję aby się tym dzielić.
KF: Można pozazdrościć spójności! Ale jak do tego doszłaś? Spróbujmy to porozbijać na etapy i poprzyglądać się poszczególnym aktywnościom. Od czego się zaczęło?
EO: Z tego co opowiadali mi rodzice, taniec i śpiew to były moje pasje od zawsze. Od przedszkola. W przedszkolu miałam rytmikę z bardzo dobrą nauczycielką. Pani Kocińśka bardzo szybko zwróciła na mnie uwagę. Dostrzegła u mnie zdolności i chciała pomóc mi je rozwijać. Traf chciał, że spotkałyśmy się też w szkole podstawowej, gdzie ja już powoli nabierałam odwagi i zaczynałam śpiewać w chórze. Pani Kocińska była moją nauczycielką od muzyki i miała na mnie oko. Za jej radą i namową, zmieniłam szkołę w V klasie, kiedy nastąpiła rejonizacja i przetasowania kadrowe. Można powiedzieć, że zabrała mnie ze sobą do nowej szkoły. Na przeniesienie namawiała gorąco moich rodziców. Chciała czuwać nad moim dalszym rozwojem taneczno-wokalnym .
KF: To był bardzo ważny moment. Ktoś dostrzegł Twój talent!
EO: Tak, tak. Dzięki pani od muzyki i rodzicom, którzy zaufali tej opinii, mogłam dalej rozwijać się pod fachowym okiem. W nowej szkole byłam członkinią kameralnego zespołu wokalnego, składającego się z 8 dziewczynek. Do końca szkoły podstawowej śpiewałam w tym zespole i miałam z tego wielką frajdę. Już wtedy czułam, jak mnie to niesie i jaką mam z tego ogromną satysfakcję. Poczułam, że to jest moje miejsce. Mniej więcej wtedy też zaczęłam uczyć się grać na gitarze i śpiewu z akompaniamentem gitary.
KF: OK, czyli był pedagog i było wsparcie rodziców!
EO: Tak, rzeczywiście, było wsparcie i zrozumienie. Rodzice cały czas mnie wspierali, to jest bardzo ważne. Nie zawsze dostajemy to w pakiecie. Tutaj taka pierwsza rada dla wszystkich będących na początku drogi… Warto wsłuchiwać się w siebie! Kiedy się czujemy tak naprawdę sobą, gdzie czujemy, że oddychamy takim swoim powietrzem lub czujemy się jak ta przysłowiowa rybka w wodzie. Nawet jeśli względy merkantylne, głosy rodziców lub jakiekolwiek inne naciski zewnętrzne mówią „zostań prawnikiem”, „zostań lekarzem”, warto i tak zawsze skierować się do swojego wnętrza i zadawać sobie pytania, „co naprawdę lubię”, „co mi sprawia przyjemność”. Przede wszystkim też warto próbować robić wiele rzeczy, bo wtedy ma się szansę znaleźć tą swoją ulubioną dziedzinę.
Ja miałam niesamowite szczęście. Moi rodzice chcieli, żebym była szczęśliwa i żebym robiła to, co kocham, w czym czuję się sobą. Ale jeśli nie mamy tego wsparcia ze strony rodziców, bo może się tak zdarzyć, to tym bardziej należałoby się w siebie wsłuchiwać, być otwartym na pomoc z zewnątrz, na autorytety, poszukać tej naszej „rodziny zastępczej” jak pisze Clarissa Pinkola Estes w „Biegnącej z wilkami”. Dopuścić do głosu swój instynkt i podążać za nim nie bacząc na konwenanse.
KF: Czyli tak: wsłuchiwać się w siebie, mieć oczy otwarte i w ogóle być otwartym na zewnętrzne autorytety, znaleźć przysłowiową grupę wsparcia.
EO: Tak, to też, ale ja w swoim życiu zauważyłam, że jeśli pasja nie jest związana z grupą, jest bardziej samotnicza to wówczas można próbować nawiązać kontakt z inną osobą, która uprawia podobne zajęcie indywidualnie, bez grupy. To też działa.
KF: Wracając do Ciebie i do Twojej uroczej Pani od muzyki.. Czyli to była podstawówka kiedy Ty poczułaś swoją pasję i zawołała Cię artystyczna droga?
EO: Ha! Być może nawet było to już w przedszkolu, ale tak, myślę, że zdałam sobie z tego sprawę już w podstawówce. Zaczęłam wtedy świadomiej i poważniej się udzielać.
KF: Taaak, i mijał czas… Rozwijałaś swoje umiejętności, występów było więcej, wspomniałaś o gitarze…
EO: Tak, gitara towarzyszyła mi bardzo długo, pewnie nawet do 30tki. Jeździłam z tą gitarą wszędzie, nawet na spływy kajakowe, woziłam ją w swoim kajaku. Był to taki element jednoczący grupę, scalający. Szybko zdałam sobie sprawę, że jestem bardzo stadna. Więc to się tak wszystko przenikało. Do dziś uwielbiam być częścią grupy, która ma wspólne cele i dobrze się ze sobą czuje. I to wszystko się ładnie ze sobą łączy. Muzyka, śpiew, taniec, gitara. Było i jest to dla mnie ważne jako doświadczenie grupowe. Nie chodziło mi o podziw dla mnie, chodziło o wspólnotowość, wspólne doświadczenie, przeżywanie. Bycie razem. Zdałam sobie z tego sprawę zupełnie niedawno. Teraz, kiedy mamy szerszy dostęp do wiedzy psychologicznej, potrafię to nazwać, że było mi to potrzebne dla zdrowia psychicznego. Nawet jak tylko ja grałam i śpiewałam to byli ze mną słuchający mnie ludzie, gromadzili się wokół mnie, było ognisko, rozmawialiśmy, niektórzy przysypiali , ale byliśmy razem. Było poczucie wspólnoty.
KF: Gdy mówisz o tym wspólnym doświadczaniu grupy i że było Ci to potrzebne do zdrowia psychicznego przypomniały mi się myśli Arystotelesa i jego słynna triada. Uważał on, że jednym z warunków szczęścia jest posiadanie przyjaciół. To największe zewnętrzne dobro, które może nas spotkać. Grupa to było Twoje „polis”, jeden z 3 filarów dobrostanu. Obok psyche i somy.
EO: Tak. Ja dawałam ludziom radość i sztukę. To kolejna moja pasja. Dawanie radości ludziom. Daję i sama z tego czerpałam i czerpię. Nie twierdzę, że to sztuka przez duże „SZ”, ale sztuka, która też jest ważna dla człowieka Obcowanie z jakąś formą kultury. Potrzebujemy tego wszyscy. A ja trochę bardziej potrzebowałam i szukałam różnych form. Solowe przedstawienia też mi się trafiały. Brałam udział w przeglądach piosenki studenckiej. Było to też zmierzenie się z tremą i wyeksponowanie siebie w innych warunkach.. Jednak.. tak naprawdę dopiero mając 30 lat pierwszy raz trafiłam do dobrego chóru kameralnego. Najpierw to był chór Fermata, potem Musica Viva, w którym śpiewam do dziś. Dopiero w chórze odkryłam jaka to ogromna przyjemność współtworzyć muzykę. Współtworzyć. Gdzie jestem częścią grupy, zespołu, gdzie każdy ma jakieś miejsce i zadania. To coś niesamowitego. Teraz już wiem, że w mózgach wspólnie śpiewających osób zachodzi synchronizacja. Po takiej próbie czułam się ogromnie szczęśliwa. Może za jakiś czas będziemy mieli dokładniejsze naukowe dowody na to, co za procesy biochemiczne zachodzą w mózgach razem śpiewających osób. Bo tam się dzieje coś bardzo pozytywnego, już na samych próbach…
KF: A na występach?
EO: Na występach dochodzą jeszcze inne emocje. Ludzie nas oklaskują, wzruszają się, czasem ktoś się popłacze.
KF: Taaak… Emocje. Wszędzie nam towarzyszą. Sporo już powiedziałaś o muzyce i śpiewaniu a gdzie ten taniec?
EO: Też zaczął się w przedszkolu . Dzięki tej samej pani od rytmiki…
Mama opowiadała, że kiedyś, gdy po mnie przyszła do świetlicy, pani nauczycielka, która nas tam pilnowała, wzięła mamę na bok i powiedziała „niech pani zobaczy jak ona tańczy”. Musiała dostrzec, że jest to coś dla mnie bardzo naturalnego i że sprawia mi to wielką frajdę. Na pewno tańczyłam z dużym zaangażowaniem i musiało się to pani podobać, skoro do tego stopnia jakoś się tym moim tańcem podekscytowała. Takie były początki. Potem tańczyłam po prostu na jakichś tanecznych imprezach, które to skrzętnie wyszukiwałam. Lubiłam to. Muszę też jednak podkreślić, że świadomie dbałam o to, by utrzymać ciało w formie. Na studiach cały czas jakaś gimnastyka, aerobic, pilates… coś w tym stylu… Natomiast jakieś odkrycie i większe zaangażowanie w taniec nastąpiło po…pewnym przełomowym momencie w moim życiu.
Koleżanka zaproponowała mi udział w Taborze tańca. Miałam wtedy 35 lat. Wiedziałam, że będzie tam muzyka folkowa, z którą do tej pory nie miałam absolutnie do czynienia. Najpierw nawet uważałam, że może mi się to nie spodobać. Pojechałam jednak, dzięki namowom koleżanki. Potrzebowałam wtedy też jakiejś odmiany i pomyślałam, że spróbuję.
Dygresja – warto czasem spróbować rzeczy, które wydają nam się nie o nas…. Bo dopóki tego nie spróbujemy i nie wejdziemy w to, nie będziemy wiedzieli, co to nam robi. Tak naprawdę do końca życia warto próbować nowych rzeczy. Może się okazać, że coś z nami zaiskrzy….
Pojechałam na ten tabor i pamiętam bardzo dobrze, że zaczynał się potańcówką na zamku. Dalsze potańcówki były już w starej fabryce, we wsi Chlewiska. Jednak ta pierwsza potańcówka na zamku, wieczorem, gdzie pary tańczyły oberki, walczyki i dziko wirowały, dziko! W przepięknej scenerii. Była w tym niesamowita pasja, energia, zrobiło to na mnie ogromne wrażenie do tego stopnia, że się popłakałam ze wzruszenia. Potem uczestniczyłam w warsztatach tanecznych tańca bretońskiego, węgierskiego, był też taniec polski oberek… mazurka francuska. Grały kapele na żywo. To wszystko było tak przejmujące, tak oddziaływało na mnie. Ci kolorowi ludzie, muzycy, dobrzy grajkowie… To wszystko niesamowicie przemówiło do mojej wyobraźni.
KF: Nawet do mojej przemawia .
EO: Czujesz to.. to środowisko taneczne. No więc wtedy spotkałam się z ludźmi, którzy grają, śpiewajątańczą. Śpiewają pieśni ludowe, przejmujące, przekazujące jakieś emocje… Pamiętam taką scenę, kiedy o świcie, wracając z potańcówki, szłyśmy z dziewczynami drogą i śpiewałyśmy jakąś ukraińską pieśń. Było lato, była niesamowita sceneria, energia i to tak mnie poruszyło, że ja po prostu wtedy czułam, że oto jest ten moment, dla którego warto było się urodzić. A widzisz… teraz wróciłam tak naprawdę do śpiewu! Tak to wszystko mi się przeplata. Wcześniej podobne emocje towarzyszyły mi podczas śpiewania w chórze kameralnym, o tym już wspominałam.
Niejeden raz podczas próby chóru miałam tego świadomość, że ja jestem tak szczęśliwa, że to jest całkowicie pełne. To jest ten moment kiedy ja wiem, że wszystko jest OK.
KF: Że wszystko jest na swoim miejscu.
EO: Tak, że wszystko jest na swoim miejscu. Razem śpiewaliśmy i razem odczuwaliśmy tę radość ze wspólnego tworzenia. Nie mam wiedzy psychologicznej i nie umiem tego wszystkiego nazwać i uzasadnić, ale to były te momenty, kiedy ja odczuwałam takie szczęście i radość, że wiedziałam, że ja to będę robić. Dotarło do mnie potem, kiedy to analizowałam.. Że ja i na tych próbach, i śpiewając na tej wsi…. Że nie podzielam dominującej w naszej kulturze narracji, że kobieta marzy o małżeństwie, o dzieciach… Ja nigdy o tym nie marzyłam i potrafiłam to już wtedy nazwać. Owszem, marzyłam o mężczyźnie, z którym będziemy zestrojeni i duchowo, i cieleśnie, ale czułam też, chociaż jeszcze nie zdawałam sobie z tego sprawy, że o wiele bardziej potrzebuję wspólnych działań, obszarów, do realizacji tych wszelkich artystycznych aktywności w grupie. Bardziej niż modelowej tradycyjnej rodziny. Tak, tego pragnęłam o wiele bardziej.
No i się zaczęło… Chciałam więcej. Weszłam w taneczne, folkowe, środowisko. Zaczęłam poznawać ludzi. Bardzo kolorowych ludzi, takich ciekawych, o otwartych umysłach, potrafiących się bawić. Łączyła mnie z nimi radość. Zaczęłam głębiej doświadczać i tańce w parze, i w kręgu… I doszedł nowy element: dotyk. Zrozumiałam, że to jeszcze bardziej nas spaja, że więzi międzyludzkie dzięki temu mogą być jeszcze silniejsze. Dotyk jest pierwotną potrzebą i czymś co wiąże ssaki, na jakimś poziomie również nas, ludzi. Gdy o tym mówię, widzę tą spójność wszystkich aspektów i rozumiem dlaczego mi to robi tak dobrze, dlaczego ja się z tym tak dobrze czuję. Rozpoczęłam przygodę z tańcami polskimi, potem ktoś zauważył, że ja szybko łapię te tańce i mnie przechwycił do tańca bretońskiego. Tańce bretońskie pełnią funkcje scalającą społeczność, czyli znowu kręcimy się wokół tej funkcji jednoczenie i mojej potrzeby równocześnie – jednoczenia się grupy i wspólnego doświadczania. Sama wiesz, bo tańczysz. Tańcząc w kręgu poprzez wykonywanie pewnych powtarzających się, transowych ruchów, które być może też są dla nas naturalne, prawdopodobnie działają jak mantra dla umysłu, uspokajają nas, a jednocześnie jednoczą we wspólnocie.
KF: Uspokajają, a jednocześnie windują na inny poziom energii
EO: Tak, sprawiają, że czujesz – jest mi dobrze. Tańczymy, każdy wykonuje te same ruchy, tworzy się nowa jakość. Struktura. Jesteś jej częścią i masz tego świadomość. To jest piękne. Przypomniał mi się moment z festiwalu, w którym Ty też uczestniczyłaś i być może byłaś świadkiem tego zjawiska…
KF: Chodzi o dzieci naszej koleżanki Czeszki?
EO: Tak, utkwił mi w pamięci szczególnie synek naszej koleżanki z Czech, ile miał lat – 5,6?
KF: Tak, mógł mieć z 6 lat.
EO: Tańczyliśmy w kręgu właśnie jakiś taniec bretoński, byliśmy tym niesamowicie ucieszeni, tańczyliśmy z pasją, energią. Tworzyliśmy razem w moim poczuciu piękną całość i widziałam zachwycone tym oczy dziecka. Dzieci przecież doskonale odczuwają emocje. On widział i czuł, że dzieje się coś dobrego, pięknego. Wodził oczyma po naszych twarzach, patrzył nam w oczy, odbierał naszą energię… Tak.. Więc wracając do zespołu bretońskiego, tańczyłam tam rok. Były też próby. Znowu próby, tylko że taneczne. Tworzenie jakiejś wspólnej jakości. Zaczęła się też rodzić przyjaźń między nami.
KF: Ile pozytywnych konsekwencji z tych aktywności!
EO: Tak, wydaje się, że to „tylko” śpiew albo „tylko” taniec, ale kiedy zaczyna się w to wchodzić, doceniasz wszystko. Pamiętam jak mi tego zabrakło w pandemii…. Kiedy nie śpiewałam i nie tańczyłam, bo bałam się, że mogę czymś zarazić moją starszą mamę. Napisałam na FB, że bardzo mi brakuje tańca i śpiewu. Ktoś do mnie napisał, że przecież mogę śpiewać i tańczyć… No tak, mogę, mogę tańczyć i śpiewać. Tylko zostały mi odebrane te wszystkie dodatkowe jakości tak dla mnie ważne.
KF: Czyli taniec i śpiew solo to już nie było to.
EO: To też coś daje… Jednak nie dostarcza tej istotnej jakości, to nie te wibracje. Wtedy zaczęłam malować .
Mniej więcej wtedy moi przyjaciele uznali, że troszkę się już tych tańców bretońskich natańczyliśmy i pora na balfolk. To było ok. 15 lat temu i trwa do dzisiaj. Bretońskie tańce oczywiście też. Wszystko wszystkiemu towarzyszy .
KF: Ok, mamy drugi przełom.. Pierwszym był tabor tańca, który był motorem, od którego zaczęła się wielka taneczna przygoda, a drugim okazała się być pandemia. Przeszkoda, która jeszcze bardziej podkreśliła rolę śpiewu i tańca w Twoim życiu.
EO: Tak, w tamtym czasie zostałam pozbawiona nie tylko możliwości śpiewania i tańczenia w grupie. Wtedy też musiałam zaprzestać prowadzenia zajęć przyrodniczych, które uwielbiam.
Zaczęłam odczuwać nawet pewne stany depresyjne. Poszłam do lekarza i dostałam leki. Kiedy jednak rozwinęłam ulotkę długości tego tapczanu i przeczytałam o wszystkich skutkach ubocznych, uznałam, że wiem z czego wynika moje samopoczucie i że jednak nie jest ze mną tak źle i obyłam się bez leków. Za to zaczęłam malować. Zamieszczałam swoje prace na FB i okazało się, że jest to również działalność „ku pokrzepieniu serc”. Wcześniej malowałam na szkle, malowałam kubki, a teraz zaczęłam rysować różne kolorowe abstrakcje, ale też wesołe ptaszki i motywy przyrodnicze, coś pozytywnego, co miałoby też oddziaływać pozytywnie na mnie, ale też na innych ludzi. Znowu tu wracamy do mojego motywu przekazywania pozytywnych wibracji, dawania radości, uśmiechu. Dostawałam taki feedback od ludzi, że robi im to bardzo, bardzo dobrze.
KF: Masz swoją misję?
EO: Tak, chociaż to duże słowo. Ja bym to nazwała sensem… Dotarło do mnie, że czuję to jako sens swojego życia. Sprawia mi to ogromną przyjemność wypuszczanie takich kręgów dobrej energii. Pandemia i choroba mamy, z którą radziłam sobie samotnie… poniekąd zmusiły mnie do wypracowania sobie jakichś metod radzenia sobie z tą sytuacją. W tym czasie zaczęłam ćwiczyć jogę, którą polecam bardzo! Ale też wtedy dotarło do mnie szczególnie, jak ważna jest nasza indywidualna interpretacja rzeczywistości. Co my zrobimy z tym, co nas spotyka.. Jaki temu nadamy sens i znaczenie. Dostrzegłam nawet pozytywy pandemii w swoim życiu. Zatrzymałam się, poczułam się w tym, polubiłam filozofowanie…. Roztaczanie dobrej energii wokół. Ty to nazwałaś misją, a ja sensem. Nadając swój sens dzielę się z innymi tą radością.
KF: Dzięki temu też przeżywasz coś wspólnie z innymi, wraca do Ciebie to dobro?
EO: Też… i dodatkowo mam świadomość, że radość, którą ja przekażę komuś… on także pośle dalej. To daje mi poczucie sensu w tej mojej mikroskali. To jest moja codzienność. Mój mózg już się tego nauczył .
KF: Tak, ale to była konkretna praca tzn. refleksja i działanie. Było zadawanie sobie pytań i były poszukiwania. To lubimy .
EO: Tak, tak, oczywiście.. Wniknięcie i obserwowanie – jak ja się z tym czuję. W tym sensie pandemia niektórym z nas się przydała, żeby się nad sobą zastanowić. Ten przystanek pozwolił na niespieszne pochylenie się i ponazywanie rzeczy i stanów. Co mi robi dobrze, czego chcę więcej w swoim życiu. Wtedy zwróciłam się również w stronę terapii. Nie po to by wyjść z depresji. Ten stan obniżonego nastroju był przejściowy. Natomiast pytania, które w tym czasie się pojawiły to były pytania typu: jak żyć jeszcze lepiej i pełniej. Rozpoczynając terapię, byłam już świadoma tego, gdzie jestem i w którą stronę chcę iść. Tutaj więc taka rada, że można skorzystać z terapii czy porady terapeuty będąc w dobrej formie, mając konkretne pytania czy kwestie do rozważenia i poprowadzenia.
KF: A… tak.. to ta koncepcja, która mówi, że dach się naprawia w słońcu.
EO: Taaak… No właśnie. Ja wtedy uznałam, że zajmę się u siebie kwestią poczucia winy.
KF: O…Ty też? Brzmi znajomo…
EO: Jestem w trakcie i jestem na dobrej drodze.
KF: I ja. Jestem na tej samej dobrej drodze.
EO: Myślę, że można poradzić to wszystkim, zwłaszcza kobietom.
KF: Taaa… tym, które już sobie to uświadomiły i które to uwiera… Bo dopóki płyniesz z prądem i nie czujesz, że to nie jest Twoje to idziesz jak ten koń dobry, co wszystko uciągnie.
EO: No tak, tak.. Jak zaczyna uwierać to absolutnie trzeba robić z tym porządek. No i życie pięknieje..
KF: No właśnie… Twoje życie jest, zaryzykuję to stwierdzenie, nie do końca standardowe. Nie założyłaś rodziny a szczęście znajdujesz w wielu obszarach… związanych z edukacją, sztuką i zabawą?
EO: Tak, nie założyłam rodziny, odeszli już moi rodzice, chociaż ciągle czuję ich obecność przy mnie. Czuję, że dostałam od nich tyle wsparcia, miłości…. Obecnie moją rodziną są moi przyjaciele, wywodzący się na ogół z tego środowiska tanecznego. Nie tylko razem tańczymy, ale spotykamy się i rozmawiamy. To są prawdziwe rozmowy. My się nawzajem widzimy. Jesteśmy uważni na siebie. Lubimy spędzać razem czas, pomagamy sobie, ale i oczywiście wyjeżdżamy na festiwale, bawimy się . Nasze więzi ciągle się wzmacniają. Mamy wspólne przeżycia. Czuję, że nie jestem sama. Mogę liczyć na przyjaciół tak, jak i oni mogą liczyć na mnie.
KF: To bardzo budujące.. Ta przynależność do grupy daje konkretne wsparcie i siłę człowiekowi.
EO: Tak, przynależność do grupy nas ogromnie wspiera. Ten czynnik społeczny wymieniany jest jako jeden z najważniejszych, jeśli chodzi o nasz dobrostan.
KF: Tak.. tu mi od razu przychodzi do głowy lektura, wręcz podręcznik, elementarz bym powiedziała… „Człowiek istota społeczna” Aronsona.
EO: No tak.
KF: Ewa, podsumowując naszą rozmowę… Gdybyś dzisiaj miała zapytać się siebie o jakiś cel? Wyznaczasz sobie jakiś? Czy czujesz spełnienie?
EO: Nie stawiam sobie żadnego długoterminowego celu. Płynę swoim kursem. Kontynuuję tę podróż, którą w pewnym momencie świadome zaczęłam. Zapraszam do niej czasem nowe osoby, napotkane podczas tej drogi. To osoby o otwartych umysłach, nietrzymające się sztywno schematów, ale świadome siebie, o podobnych wartościach, szanujące drugiego człowieka i ciekawe drugiego człowieka.
Tańczę też od wielu lat tango, ale dopiero od zeszłego roku uczę się w tangu prowadzić. To rewelacyjnie oddziałuje na poczucie sprawczości, wolności, poszerza możliwość interakcji, uczula na drugiego człowieka, no i… zwieksza liczbę neuronów! , Chciałabym rozwijać tę umiejętność. Rozmyślam też nad zmianą formuły śpiewania.
Jestem jednak też otwarta na sygnały płynące z mojego ciała, a ono już dało mi znać, że przesadzam z aktywnością, więc zamierzam go słuchać , także w kwestii intensywności realizacji swoich pasji. Ciało czasem zmęczy się pierwsze, nawet jeśli duch pozostaje podekscytowany.
KF: Ach jak ja rozumiem, co Ty mówisz!
EO: Tak… Doszłam do tego momentu, że chcę robić to, co mnie cieszy, ale w takim wymiarze, żeby mi to nie szkodziło. Mogę zająć się sobą, na takim etapie życia teraz jestem.
KF: A marzenie na horyzoncie? Blisko, daleko?
EO: Dotarło do mnie niedawno, że spełniły się i nadal spełniają moje marzenia. Że to, co znajdowałam w historiach ludzi, filmach, książkach, co sprawiało, że czułam podekscytowanie pt „ja też tak chcę!” odzwierciedla się w moim życiu. Działanie w grupie ludzi o podobnych wartościach, zabawa i praca, śmiech i działanie, relacje. Żyję tak, jak sobie wymarzyłam. Marzę jednie by mieć kondycję i siłę by jak najdłużej robić to, co robię. W pewnym sensie jest to cel, ale jest to i droga.
KF: I tego Ci życzę Ewka! Długiej, jasnej drogi! Dzięki Ewa za wspaniałą rozmowę.
***

