Mam na imię Paulina. Przyjechałam do Wielkiej Brytanii w 2011 roku, mając 22 lata. Przyjechałam z chłopakiem, ale przede wszystkim przyjechałam z nadzieją, że wreszcie będę mogła żyć po swojemu.

Od dziecka w moim domu było więcej krytyki niż wsparcia. Moja mama przedstawiała mnie innym jako problematyczne dziecko, dla którego ona rzekomo ciągle się poświęca. W rzeczywistości często czułam się niezrozumiana i oceniana. Wiele spraw z mojego życia było opowiadanych innym członkom rodziny – ciotkom czy znajomym – często w zmienionej, przekręconej wersji. Nie miałam własnej przestrzeni. Byłam kontrolowana, obserwowana, a gdy próbowałam coś powiedzieć lub się bronić, kończyło się to ciszą, karą albo kolejną kłótnią.
Moje dzieciństwo było pełne złudzeń, niedopowiedzeń i rodzinnych napięć. Mój tata był w tym systemie kozłem ofiarnym. Został adoptowany jako noworodek przez moich dziadków. Był człowiekiem niezwykłym – wesołym, inteligentnym, miał ogromny talent aktorski i potrafił rozbawić ludzi. Niestety lata odrzucenia i obarczania winą sprawiły, że z czasem wpadł w problem alkoholowy.
W mojej rodzinie panowało bardzo proste myślenie o życiu: dobra praca to taka, gdzie nie trzeba się zbyt dużo narobić, a szczytem szczęścia jest kupienie mieszkania i samochodu. Gdy ktoś chciał czegoś więcej – na przykład założyć rodzinę albo iść własną drogą – był raczej wytykany niż wspierany.
Ja nie potrafiłam dopasować się do tej rzeczywistości. Najbardziej denerwowało mnie to, że moja prywatność była ciągle naruszana. Czułam, że jeśli zostanę w tym środowisku, nigdy nie będę sobą.
Dlatego wyjechałam.
Nie dlatego, że było łatwo. Wyjechałam, bo chciałam żyć.
Pierwsze lata w Wielkiej Brytanii były trudne. Uczyłam się wszystkiego od nowa – języka, pracy, życia w samotności. Moje związki były krótkie i niestabilne. Nie miałam wielu ludzi wokół siebie. Postanowiłam jednak, że zawalczę o coś dla siebie.
Po półtora roku nauki zdałam kurs językowy ESOL na poziomie Level 2. Później zrobiłam kwalifikacje i zostałam trenerką fitness. Siłownia była dla mnie miejscem, gdzie po raz pierwszy poczułam, że mam wpływ na swoje życie.
I właśnie tam spotkałam miłość mojego życia.

Mój partner jest kilkukrotnym brytyjskim rekordzistą w podnoszeniu ciężarów. Jest też utalentowanym wokalistą, który nagrywał z legendami rocka, takimi jak Lee Kerslake i Trevor Bolder. Kiedy ktoś zapytał go kiedyś, dlaczego jest z „autystyczną Polką”, odpowiedział bardzo prosto: że dlatego, że nigdy nie byłam „groupie”, nie żyłam fantazjami o idealnym świecie, tylko byłam prawdziwa. Powiedział, że jestem kobietą, która jest jego autentycznym przyjacielem.
Później dostałam się na studia. Skończyłam licencjat z żywienia w sporcie. W czasie studiów otrzymałam także diagnozę autyzmu, która pomogła mi zrozumieć wiele rzeczy z mojego życia – dlaczego pewne sytuacje były dla mnie trudniejsze, ale też dlaczego zawsze myślałam i czułam trochę inaczej niż inni.

Niedawno urodziłam córeczkę. I po raz pierwszy w życiu mogę powiedzieć, że jestem naprawdę szczęśliwa.
Moja rodzina z Polski po wielu próbach podkopywania moich umiejętności i zdolności do funkcjonowania – mimo mojej niepełnosprawności – przestała się ze mną kontaktować. I ja tego nie zmieniam. Nie szukam wsparcia tam, gdzie nigdy go nie było.
Dziś jestem spokojna, bo wiem jedno: moje dziecko nie zazna takiej dyskryminacji i braku zrozumienia jak ja.
Moje przesłanie do innych kobiet jest proste.
Nie pozwólcie nikomu wmówić sobie, że się nie nadajecie.
Nie wierzcie, gdy ktoś mówi wam, że jesteście zbyt wymagające, zbyt trudne, zbyt inne.
Nie wierzcie też, gdy ktoś mówi, że nie jesteście wystarczająco dobre, ładne czy sprawcze, żeby stworzyć szczęśliwy związek lub rodzinę.
Prawdziwe relacje istnieją.
I zasługujecie na nie – dokładnie takie, jakie jesteście.

