Moja Kosmiczna Odyseja – Katarzyna

Wielka Mgławica w Orionie - NatalisART

Odliczanie: 10, 9, 8, 7, 6, 5, 4… START!

Urodziłam się jako wcześniak. Z okresu wczesnego dzieciństwa pamiętam dwie rzeczy: białoniebieską grzechotkę (którą byłam zafascynowana) i misie oraz inne pluszaki ułożone wzdłuż wszystkich 4 balustrad mojego łóżeczka (w tym układzie czułam się bardzo bezpiecznie). Gdy trochę podrosłam, mówiono, że jestem grzecznym dzieckiem, bo potrafiłam zająć się sobą. Przykładowo gdy otrzymałam kartkę w kratkę uzupełniałam każdą z kratek drobnymi rysunkami i kolorami. Tak zdaje się narodziła się jedna z największych miłości mojego życia – malowanie. Miałam też całkiem niezły słuch, po dźwięku kroków na ulicy wiedziałam, czy idzie do babci listonosz z emeryturą lub mama wraca z pracy. Nie byłam natomiast w stanie znieść dźwięku silników dużych samochodów. W miarę upływu czasu i mojego rozwoju zaczęły pojawiać się kolejne potrzeby. Jedną z najważniejszych stała się potrzeba akceptacji. Gdy nadszedł “mój czas” poszłam do przedszkola. Niesamowicie chciałam tam bawić się tak jak inne dzieci. Chciałam być częścią tej wesołej grupy. I tu pojawiły się pierwsze turbulencje. I co jeszcze ciekawsze, nie dotyczyły one dzieci, tylko mnie samej. Pierwsze dni w przedszkolu były dla mnie okupione tak dużym napięciem i stresem, że pamiętam go do dzisiaj. Ale moja potrzeba bycia zaakceptowaną była nieporównywalnie większa. Do dzisiaj wspominana w domu jest historia z tamtych dni, gdy pewnego razu dzieci dostały na obiad ogórka małosolnego, którego nie cierpiałam (swoją drogą nie znosiłam jeść w przedszkolu, bo niewiele rzeczy mi smakowało, a które byłam w stanie przełknąć bez konsekwencji). Zjadłam, bo inne dzieci też jadły i chyba im smakował. Po obiedzie pozostało kilka godzin do odbioru przez rodzica, więc bawiłam się z dziećmi naśladując ich zachowania – patent działał, byłam zaakceptowana. Za skuteczność tego naśladownictwa płaciłam nieprawdopodobnym stresem związanym i napięciem, ale wychodziło. Natomiast gdy mama pytała: “jak było w przedszkolu?”, mogłam dumnie odpowiedzieć: “Dobrze”. Po powrocie do domu, gdy tylko zamknęły się drzwi i mój stres puścił, zwymiotowałam na dywan ogórka małosolnego.

Chmury pyłu i gazu - NatalisART

Wyjście poza atmosferę

Lata szkolne wspominam całkiem dobrze, oprócz tego, że byłam trochę ślamazarą. Moim ulubionym przedmiotem była plastyka, ale nie miałam też problemów z przedmiotami, które wymagały dobrej pamięci. Problemem natomiast było czytanie – nie lubiłam, nie umiałam i nie rozumiałam. Do gimnazjum pomagała mi w czytaniu mama. Wstydziłam się tego bardzo, bo innym szło dobrze. Natomiast nikt się nie czepiał, bo dobrze się uczyłam. Lata świetlne później dowiedziałam się, że myślę obrazami. Było to odkrycie na miarę nowej galaktyki. I faktycznie, zapamiętywałam słowa, zdania, strony w książce odtwarzając ich obraz i wygląd z pamięci. Wracając do przedmiotów: nie cierpiałam lekcji W-F i gier zespołowych. Dla mnie gra w kosza, czy siatkówkę był czasem na przetrwanie i przeczekanie. W szkole miałam też koleżanki, które bardzo lubiłam i one lubiły mnie. Nie było ich wiele, zazwyczaj jedna, dwie lub czasem trzy. Jednak były to dla mnie najważniejsze koleżanki na świecie. W międzyczasie nauczyłam się, że lepiej się nie wychylać i wtopić w klasę. Ten patent też działał, bo uwagę skupiały na sobie dzieciaki, które były widoczne. Tak nauczyłam się być przezroczysta. W szkole nadal uwielbiałam malować i całkiem dobrze mi to wychodziło (do dzisiaj mam książkę o rysunku z wygranego konkursu plastycznego). Któregoś jednak razu usłyszałam, że: “z malowania, to ty dziecko nie wyżyjesz”. Porzuciłam więc malowanie, żeby zająć się “prawdziwym” życiem.

Struktury Wszechświata - NatalisART

Układ słoneczny

Lata spędzone w liceum były dla mnie bardzo dobrym czasem. Znalazłam swoje grono humanistek z którymi się dobrze rozumiałam. Był to czas szerokich spodni, rozciągniętych swetrów i glanów. Znalazłam też dziedzinę, która pozwoliła mi malować obrazy w głowie. Była to filozofia. Różne koncepcje widzenia świata, człowieka, wartości, czy estetyki były dla mnie jak nowo odkrywane światy. Dużą rolę odegrał tu nauczyciel z filozofii, który nie tylko zaszczepił w nas (buntowniczych licealistach) nutę zdumienia nad rzeczywistością, ale po lekcjach, raz w tygodniu prowadził u siebie w domu koło filozoficzne, na którym mogliśmy dalej dyskutować nad tekstami myślicieli. Te filozoficzne obrazy zaprowadziły mnie na Olimpiadę Filozoficzną, dzięki której osiągając bardzo przyzwoity wynik w skali kraju “wygrany indeks” i miałam bezstresowe wejście na studia. Jak nietrudno się domyślić, wybrałam kierunek filozofia.

Struktura w Wielkiej Mgławicy w Orionie - NatalisART

Galaktyka

Podjęcie studiów wiązało się z samodzielną wyprowadzką do dużego miasta. I było dla mnie jak naprawdę ogromny kamień milowy. Musiałam nie tylko opuścić moją bezpieczną przystań, którą był mój dom, ale musiałam teraz ogarniać naukę, życie i siebie. Na tym etapie zaczęłam dostrzegać, że wcale nie radzę sobie tak doskonale jak myślałam, że coś zgrzyta i to mocno. Pojawiła się samotność, a moja paląca potrzeba bycia zaakceptowaną też wcale nie zniknęła. Po prostu moja wspaniała umiejętność naśladownictwa przestała być wystarczająca. Po zajęciach przychodziłam zmęczona i wyczerpana zajęciami i dużym miastem. Starałam się też uczestniczyć w popularnych w tamtym czasie imprezach studenckich i domówkach, ale wspominam je straszliwie: nie byłam w stanie nawiązać z nikim nowej znajomości, czy po prostu podejść i pogadać: “bo jak i o czym??” Dosłownie czułam się jak kosmita, z kombinezonem wyposażonym w niewidoczność. Na studiach poznałam swojego pierwszego chłopaka. Tu znów: był on dla mnie najważniejszym człowiekiem na świecie i zrobiłabym wówczas wszystko o co by mnie poprosił (na szczęście o tym nie wiedział – nie wszystko warto mówić). I jak to z pierwszymi wyborami czasem bywa, związek się rozpadł. Bardzo mocno to przeżyłam, choć być może nie było tego po mnie widać. Gdy się rozstaliśmy po prostu już nigdy się do niego nie odezwałam i chyba było to mu na rękę. Na skutek nawarstwiających się problemów pojawił się poważny kryzys zdrowotny związany z zachorowaniem na tocznia rumieniowatego układowego. W tym też czasie, po wielu latach przerwy sięgnęłam znów rekreacyjnie po pastele. Obraz, który namalowałam, przedstawiał wzburzone morze i fale roztrzaskujące się o skały. To jednak nie był mój przełom i powrót do malowania. Ze względów zdrowotnych musiałam przerwać naukę. W tym trudnym czasie bardzo wspierała mnie mama i dwie leczące mnie lekarki. Momentami miałam wrażenie, że zależy im na mnie bardziej niż mnie samej na sobie. Choroba była jak uderzenie sporych rozmiarów asteroidy w statek, którym leciałam. W stan zakwestionowania postawione zostały wszystkie potencjalne plany na siebie. Nie wiedziałam, czy ukończę studia. Wróciłam po roku i finalnie mimo różnych ocen udało mi się je ukończyć pisząc i broniąc pracę magisterską z zakresu filozofii techniki.

Ganimedes na tle Jowisza - NatalisART

Przestrzeń międzygalaktyczna

Po ukończonych studiach nie wiedziałam co ze sobą zrobić. Nie czułam się dobrze zarówno fizycznie, jak i psychicznie. Byłam jedną nogą w moim rodzinnym mieście, a drugą w mieście w którym studiowałam. Ostatecznie zdecydowałam się na duże miasto. Znalazłam pracę na słuchawkach i byłam w tej materii beznadziejna. Kompletnie nie szły mi plany sprzedażowe i sama praca nie sprawiała mi żadnej satysfakcji. Po niespełna dwóch latach odeszłam, podejmując w tym czasie różne inne prace, głównie administracyjne. Finalnie znalazłam pracę w fundacji działającej na rzecz osób z niepełnosprawnościami. Ta praca miała dla mnie sens i była ważna. Początkowo pracowałam przy projektach społecznych realizując zadania związane z bezpośrednią pracą z ludźmi – bardzo podobała mi się ta praca. Później jednak gdy zaistniała potrzeba, przekwalifikowałam się i zajęłam rozliczeniami. W tym też czasie poznałam swojego męża. Zaczęliśmy się spotykać i z każdym spotkaniem stawał się on dla mnie coraz bardziej wyjątkowy i ważny. Potrafił podarować mi zamiast kwiatów ser goudę do wina, bo do wina ser bardzo pasuje. Z czasem zżyliśmy się ze sobą bardzo i dzisiaj wiem, że jest to chyba jedyna osoba, która nie pytając o nic potrafiłaby razem ze mną zbierać ślimaki z chodnika po deszczu, aby nie zostały rozdeptane przez przechodniów. W czasie pandemii wróciłam do swojego rodzinnego miasta i do domu. Był to dla mnie dobry czas, mimo iż w związku był to czas rozłąki. Utrzymywaliśmy wówczas kontakt (z resztą jak wszyscy) online. Po pół roku rozłąki, mój wówczas narzeczony przyjechał do mnie. Wzięliśmy ślub zapraszając na uroczystość cywilną tylko świadków, a na ślub kościelny rodzinę. Nie zależało nam na hucznym weselu. W tym to czasie wróciłam do malowania i na poważnie zaczęłam malować kosmos. W moim pierwszym projekcie związanym z teleskopem Hubble’a namalowałam 32 kosmiczne obrazy. Zwieńczeniem tego projektu była moja pierwsza w życiu wystawa. Kilka miesięcy później zostałam przyjęta do Międzynarodowego Stowarzyszenia Artystów Astronomicznych (jako jedyna artystka Space Art – tak, nie obawiam się tego słowa już użyć – z Polski).

Mgławica Wodospad HH222 w Gwiazdozbiorze Oriona - NatalisART

Kosmos

Miałam w zasadzie wszystko na czym mi zależało: męża, mamę i rodzinny dom, pracę i odzyskaną pasję… brakowało tylko jednego elementu. Wydawało mi się, że mój kosmiczny lot przebiega bez większych komplikacji. I choć rozpoczęcie wspólnego życia było kolejnym kamieniem milowym, to był on nieco lżejszy (bo też dzielony na pół) niż poprzedni. Podjęłam studia podyplomowe z arteterapii i bez większych przeszkód ukończyłam je. Jednak głód wiedzy był na tyle silny, że zapisałam się na 5-cio letnie studia magisterskie z psychologii. Dały mi one bardzo dużo zrozumienia mechanizmów ludzkich zachowań. Na studiach zalecono też, aby kto chce przeszedł własną psychoterapię, żeby być lepiej przygotowanym do późniejszej pracy z ludźmi. Pomyślałam, że to dobry pomysł i podjęłam własną psychoterapię, jako cel pracy podając stres. Jednak już na drugim spotkaniu cel się zmienił. Terapeutka zapytała, czy wiem co to jest neuroróżnorodność. Odpowiedziałam, że tak. Po czym zapytała, czy nie myślałam, aby pójść na diagnozę. Nieco się zawahałam, ale ostatecznie się zdecydowałam. Proces diagnostyczny trwał długo i obejmował kilka spotkań (w tym jedno z moją mamą, która pamiętała moje zachowania z dzieciństwa). Finalnie w wieku 35 lat otrzymałam diagnozę spektrum autyzmu/zespołu Aspergera (wówczas jeszcze). Przez kolejne dwa lata zaprzeczałam i kłóciłam się sama ze sobą (bo przecież funkcjonuję normalnie). Dopiero proces terapeutyczny stopniowo zaczął rozbrajać moje mechanizmy iluzji i zaprzeczenia. Nie wszystko, co określałam mianem: “Dobrze” rzeczywiście takie było. Stopniowo zaczęłam zyskiwać dostęp do własnych emocji – i to dopiero okazał się kosmos, łącznie w wielkimi kosmicznymi katastrofami. Autentyczność i dostęp do złości kosztował mnie konieczność rezygnacji z pracy, która była dla mnie naprawdę ważna. Konflikt w który popadłam, zatrząsł podstawami mojego psychicznego bezpieczeństwa i odciął zaspokajanie mojej potrzeby bycia zaakceptowaną. Stara przyjaciółka wróciła przerażająca niczym czarna dziura. To był drugi potężny kryzys w moim życiu. Ale nie byłam w tym sama. Był mój mąż, mama, lekarka i terapeutka. Nie porzuciłam swojej twórczości, a zyskała ona dla mnie nowy arteterapeutyczny wymiar. Ten kryzys był jak wypadnięcie z pola grawitacyjnego układu, który był do tej pory stabilny. Paradoksalnie pozostawił przestrzeń i zrozumienie jednej rzeczy: zrozumiałam, że akceptacja ludzi jest ważna, ale to ja sama jestem w stanie ją sobie dać zaspokajając tą potrzebę. Było to znów odkrycie na miarę nowego wymiaru rzeczywistości.

Mgławica Pierścień NGC 6720 - NatalisART

Podróż do samej siebie

Ta podróż nadal trwa. Kończę obecnie 5 rok psychologii, przygotowując się do podjęcia pracy w zupełnie nowym zawodzie. Trwa też przez cały czas jeszcze mój proces terapeutyczny. Przykładowo w wieku 38 lat poznałam emocję nudy, gdy to co czułam nie było przyjemne, a do tego było niewygodne (wcześniej myślałam, że nie mam tej emocji). Gdy patrzę wstecz na swoją własną historię, to nie jest ona ani dobra ani zła, ma swoje lepsze i gorsze momenty, trochę jak mój autyzm w którym jest mi momentami trudniej, a czasami łatwiej. Wiele w tej podróży uczę się o dawaniu akceptacji samej sobie i bycia dla siebie dobrą. Wiem, że nie wszyscy muszą mnie lubić, ważne żebym to ja lubiła samą siebie. I choć czasami przesiadam się jeszcze za stare i niefunkcjonalne stery kierujące niegdyś moim własnym życiem, to nie oceniam się za to. Ważne, że wiem, że przez cały czas mam wybór. Człowiek to jest dopiero kosmos!

Narodziny mgławicy - NatalisART
Katarzyna Datkiewicz

To ja 🙂
PS. Obrazy zamieszczone w tym opisie pochodzą z mojej zdigitalizowanej prywatnej kolekcji.