Barbara Rawa
Często słyszę, że matematyka jest „trudna” — znacznie częściej niż o innych przedmiotach. Kiedyś trafiłam na porównanie, które bardzo do mnie przemówiło: uczenie się matematyki przez wkuwanie tabliczki mnożenia to jak nauka muzyki poprzez zapamiętywanie nut, bez możliwości ich usłyszenia. Jak można pokochać coś, czego piękna się nie doświadczyło?
A przecież to piękno naprawdę istnieje. Pochodne na maturze nie pokazują, jak wykorzystuje się je w modelowaniu epidemii. Podręcznik nie powie, że krzywe Béziera odpowiadają za działanie Photoshopa, ani że funkcje trygonometryczne są podstawą autotune’a. Matematyka jest demonizowana, a jednocześnie wszechobecna i niezwykle potrzebna.
Nie potrafię wskazać momentu, kiedy się w niej zakochałam. Pewnie stało się to w liceum, pewnie przypadkiem. Mam szczęście, że Uniwersytet Warszawski organizuje zajęcia „Matematyka dla Ciekawych Świata”, w których brałam udział przez trzy semestry. Pokazywały, jak szeroko można patrzeć na matematykę — wyjść poza schemat i zastosować ją do rzeczywistych problemów. W ramach jednego z kursów budowałam modele epidemiczne i analizowałam wpływ szczepień na przebieg choroby.
Lubię, gdy nauka łączy się z życiem. Kiedy to nie jest tylko „Kasia kupiła 47 ananasów”, ale coś, co naprawdę da się poczuć. W drugiej klasie liceum zainteresowałam się tematem zastosowania prawdopodobieństwa w przewidywaniu liczby morderstw i zgłosiłam się z nim na Warsaw Science Slam. Wiedza była, ale występ okazał się katastrofą. Sparaliżował mnie stres, mówiłam za szybko, zacięłam się. Porażka? Nie do końca. Spotkałam się z jednym z moich największych obaw – mówieniem publicznym. Wiem, że mi nie poszło, ale uważam, że przełamanie się nie jest możliwe bez próbowania. A gdzie lepiej zacząć niż we własnej szkole?
Tak więc miałam wobec siebie inne plany.
Przez kolejne miesiące działałam jako redaktorka gazetki szkolnej i graficzka konferencji WawMUN — mogłam się wykazać i odzyskać pewność siebie na scenie i poza nią. Potem przyszła organizacja History Slama. Kolejna scena, kolejny względny sukces. W końcu — rewanż. Zgłosiłam się na Poznań Science Slam, żeby udowodnić sobie, że potrafię. Tym razem mówiłam o modelach epidemiologicznych na przykładzie plotki w szkole. Mówiłam już po swojemu — spokojniej, dla siebie. To była jedna z najlepszych rzeczy, jakie zrobiłam dla swojej samooceny. Udowodniłam sobie, że nie ma barier nie do pokonania — zwłaszcza tych mentalnych. A research samego tematu był czystą przyjemnością. Zwłaszcza wymyślanie jak przedstawić temat przystępnie – jak wirus ma się do plotek o Tomku z 3C.

Lubię rzeczy, które łączą pozornie odległe światy — tak jak matematyka i plotka, nauka i sztuka. Dlatego tak mocno trzymam się projektów, które pozwalają mieszać dziedziny. Stworzyłam infografikę o anatomii rybitwy wielkodziobej, która zawisła w naszej sali biologicznej, żeby później wygrać w Royal Society of Biology. Wierzę, że nauka może być piękna — dosłownie. A tego piękna trzeba kiedyś doświadczyć.
W minionym roku prowadziłam zajęcia z matematyki w mojej szkole podstawowej, przygotowując uczniów do egzaminu ósmoklasisty. Nauczyło mnie to więcej niż wszystkie inne aktywności razem wzięte. Obserwowanie, jak ktoś zaczyna rozumieć, „łapie” liczby i buduje pewność siebie, to doświadczenie nieporównywalne z żadnym innym. Trzynastolatki zrozumiale nie kochają idei liczenia o 8 rano w sobotę, a moim zadaniem było ich skupienie utrzymać. Przede wszystkim nauczyłam się, że nauka nie jest ani liniowa, ani prosta. Miałam okazję spojrzeć na szkołę z innej perspektywy, budować autorytet i relację z uczniami. Ostatecznie wiem, że mój wpływ był pozytywny i mogę być z tego dumna.
Dla mnie najważniejsze są zawsze osoby wokół. Na ich rzecz chcę pracować. Z ich sukcesów się cieszyć. Żaden dyplom nie znaczył dla mnie tyle, co zaproszenie na bal ósmoklasisty — bo to znaczy, że ktoś o mnie pamiętał. Nie mam ogromnego wpływu na świat, ale ten, który mam, chcę wykorzystać jak najlepiej. Miałam szczęście do ludzi — i chcę się tym szczęściem dzielić.
Moja historia nie istnieje bez mojego środowiska. Bez nauczycielki biologii, która pokazała mi, że nauka to realna ścieżka. Bez klasy, która podniosła mnie, kiedy zawaliłam wystąpienie na Warsaw Science Slam. Bez osób, które nie tylko współtworzą mój świat, ale zostawiają przestrzeń dla mnie. Widziałam błysk w oczu, z jakim moja nauczycielka mówi o historii, jak ręce nauczycielki sztuki suną po glinie. To działa. Pasja się udziela. Bardzo często nie zakochasz się w przedmiocie — zakochasz się w sposobie, jak ktoś inny go kocha. I wtedy już nie ma odwrotu. Sposób, w jaki się przekazuje wiedzę, zmienia wszystko. I to jest zmiana, której chcę być częścią.
Dziś chcę pomagać innym zobaczyć naukę z innej strony. Chcę edukować, tłumaczyć, dzielić się wiedzą. Może jakaś dziewczyna — która też nie czuje się najlepsza w niczym — pomyśli, że to nie wada. Że lubienie wielu rzeczy nie jest problemem, tylko zasobem. Nie wiem jeszcze, kim dokładnie chcę być — nauczycielką, popularyzatorką nauki, badaczką. Wiem jedno: chcę robić rzeczy, które mają sens, które mnożą dobro w moim otoczeniu. Jeśli mogę zarazić kogoś entuzjazmem do nauki, tak jak kiedyś zarazili mnie moi nauczyciele — to warto.
Gdybym miała dać komuś jedną radę, to byłoby to: otaczajcie się ludźmi pozytywnymi i otwartymi, których cele zbiegają się z waszymi. Jak mówi przysłowie: „z kim przystajesz, takim się stajesz” — i w wielu aspektach się z tym zgadzam. Mniej oczywistym sposobem takiego oddziaływania są książki. Książka to rozmowa z autorem, który może dzielić nas odległością setek czy tysięcy kilometrów albo lat świetlnych. To nowe perspektywy i światopoglądy. Uwielbiam czytać książki polecone przez nauczycieli, mentorów, koleżanki. To takie okienko na czyjś świat, później przestrzeń do dialogu. Książki mogą odpowiadać na przeróżne pytania, być źródłem inspiracji, czy też po prostu przyjemności.
Dlatego dziś nie szukam jednej definicji siebie — raczej przestrzeni, w której mogę łączyć różne pasje, ludzi i idee. Wierzę, że nauka, jeśli tylko podana z sercem i zrozumieniem, może być nie tylko użyteczna, ale i zachwycająca. Że każdy ma w sobie potencjał do zrozumienia, jeśli tylko dostanie odpowiednie warunki. I że najważniejszym zadaniem, jakie przed sobą stawiam, jest nie tylko rozumieć świat — ale pomagać innym go rozumieć. Jeśli uda mi się kogoś do tego zbliżyć, to znaczy, że idę we właściwym kierunku.
Chcę, żeby jakaś dziewczyna — może właśnie Ty — przeczytała to i pomyślała: „Skoro ona mogła, to ja też mogę.” Bo możesz. Nawet jeśli boisz się wystąpień publicznych, nie czujesz się „wystarczająco dobra” w nauce czy wciąż nie wiesz, kim chcesz być — to wszystko jest w porządku. Masz prawo nie wiedzieć czego chcesz, próbować, uczyć się na błędach. Marzenia nie są zarezerwowane dla wybranych. One są po to, żeby za nimi iść, czasem po cichu, czasem z pełnego rozbiegu. (jak śpiewali w bajce Zwierzogród “nie bój się chcieć”) Jeśli po drodze znajdziesz ludzi, którzy w Ciebie wierzą — trzymaj ich blisko. Ale najważniejsze, to sama w siebie uwierzyć. Właśnie wtedy coś zaczyna się zmieniać.
Kończąc: powinnaś być z siebie dumna – ja jestem! Powodzenia!

